Herb Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Asnyka w Kaliszu Pisali o nas...

Żył, jak nie chciał

 

Zbigniew Białek  

Kiedy czyta się urzędowo-polityczne wspomnienia o Zbyszku Białku to czasem można odnieść wrażenie, że wszyscy ci współpracownicy i przyjaciele nie znali zmarłego. Przyjmowali bezkrytycznie jego mocno podkolorowane dykteryjki i anegdoty za kwintesencję jego życia, a tak naprawdę tylko jego najbliżsi i... właściciele redakcji 7 Dni Kalisza wiedzieli, jaki był zawiedziony i rozczarowany tymi, którzy przez wiele lat klepali go po plecach i zapewniali o swojej przyjaźni.

Zbigniew Białek bardzo długo uważał, że jego największym wrogiem była redakcja 7 Dni Kalisza. Skoro o zmarłych mówi się dobrze, albo wcale to... wybierzemy tylko to, co w życiu Zbyszka Białka było najlepsze. Przede wszystkim był wojownikiem. Zapewne dla wielu będzie to zaskoczenie. Jakże to?! Taki rozrywkowy facet? To niemożliwe! Zbyszek walczący? On raczej kojarzył się z trunkowym towarzystwem i szpanem.

Owszem. Od wesołego towarzystwa nigdy nie stronił, a że potrafił być jego duszą to i czasem zapominał się, więc duch zabawy brał górę nad ciałem coraz bardziej mdłym. Jednak nigdy nie przekroczył tego poziomu, który sprawia, że przyjaciele nie poznają lub udają,, że nie poznają na ulicy. Jeżeli go nie poznawali to tylko ci, którzy kiedyś mu sporo zawdzięczali, a kiedy znalazł się w potrzebie, udawali obcych lub nie poznawali, kiedy zwracał się o pomoc.

Zbyszek wielu prosił o pomoc, ale był zbyt dumny, żeby żebrać... Właśnie wojowniczy charakter sprawiał, że nie potrafił siedzieć w domu bezczynnie i wieść żywot emeryta i tetryka. Odwiedzał, dzwonił, przypominał się i prosił, żeby dać mu jakiekolwiek zajęcie, cokolwiek do roboty, bo bezczynność doprowadza go do depresji. Chciał być choćby stróżem nocnym za marne grosze, portierem, czy listonoszem, żeby tylko nie spędzać dni i nocy w domu i w kapciach przed telewizorem. Wykonywał po kilka, kilkanaście telefonów dziennie, czekał na obiecane odpowiedzi od urzędującego wiceprezydenta, dyrektorów, prezesów i przewodniczących, z którymi był po imieniu i... klepali się po plecach. Oczekiwał wsparcia od tych, którzy ciągle zapewniali go o swej przyjaźni. Ale na telefony nie odpowiadali. Czasem tylko padały obłudne komentarze: - Ależ Zbyszku, jak ty, były wiceprezydent mógłbyś być portierem! W żadnym wypadku! Znajdziemy dla ciebie coś odpowiedniego, tylko czekaj cierpliwie.

Więc czekał. Minęło 12 lat od kiedy przestał być wiceprezydentem miasta i nie doczekał się niczego konkretnego. Może z jednym wyjątkiem, kiedy na śmieciowej umowie reprezentował jedną z kaliskich uczelni. Niestety pewnego dnia zarzucono mu, że płatne ogłoszenia zamieszcza w gazecie, której władze miasta nie darzą sympatią.

- Zamieszczam, bo widzę sens ogłaszania się właśnie tam. bo ludzie czytają 7 Dni Kalisza, czego sam boleśnie doświadczyłem – przekonywał swoich adwersarzy. Kiedy dostał ultimatum, odszedł... Wolał boso, ale w ostrogach. Paradoks tej sytuacji polegał na tym, że właśnie tygodnik 7 Dni Kalisza był jego największym przeciwnikiem w czasie politycznej kariery. Walka był ostra, bezpardonowa i na wyniszczenie. Jak później sam przyznawał, redakcja zwyciężyła, ale nie byłby sobą, żeby nie dodać: - Ale teraz nie macie już o czym pisać i sprzedaż spadnie.

Nie spadła, bo na politycznej scenie pojawili się wyrafinowani i bezwzględni szkodnicy. Przy nich Zbyszek Białek był tylko barwnym epizodem na politycznej mapie miasta. Później miał tego świadomość. Zaczął odwiedzać redakcję najpierw od czasu do czasu a potem regularnie, jak czasem żartował, urzędując „w swoim pokoju” i umawiając się na spotkania, wiele czasu poświęcał na analizę swoich błędów i wyraźnie widocznych błędów jego następców. - Kiedy Białek przegadał przez służbowy telefon komórkowy w 1999 roku sto złotych i za służbowe pieniądze kupił ciasteczka do kawy podawanej gościom w gabinecie to oburzenie było powszechne – mówił z goryczą.

- Teraz marnotrawi się miliony i nikogo to nie dziwi. Prawdziwa wydaje się zasada, że jak kraść to miliony...

Jego ostatnim marzeniem, prawie obsesyjnie powtarzanym, była chęć powrotu do ratusza. Chciał być radnym. Jeszcze raz poczuć i pooddychać atmosferą obrad, zaistnieć przy mównicy i podzielić się swoimi refleksjami, pomysłami, ale już z pokorą nabytą przez dekadę przykrych doświadczeń.

Niestety. Nie chcieli go znać dawni koledzy z WOPR-u, a dawni towarzysze wspólnych przedsięwzięć politycznych nie znaleźli dla niego miejsca na liście. I znów był zbyt dumny, żeby żebrać. Zrozumiał, że nie ma dla niego miejsca w Kaliszu. Wyjechał odpocząć i chyba doszedł do wniosku, że nie ma też dla niego miejsca na ziemi... Więc odszedł.

Bo nieprawdą jest, co teraz wszyscy powtarzają jak jakąś mantrę, że żył jak chciał. To była poza, którą przekornie utrwalił podczas okolicznościowych spotkań, kiedy zaśpiewał „My Way” Franka Siniatry. On nie chciał żyć w stanie bezczynności i bardzo cierpiał z tego powodu. Ale – powtórzmy to po raz trzeci – był zbyt dumny, żeby żebrać...

Jednak wiedzieli o tym już tylko prawdziwi przyjaciele Zbyszka. A bez wątpienia, w najtrudniejszych chwilach jego życia, prawdziwym przyjacielem okazała się pani Bożena – żona.

 

Krzysztof Ścisły, 7 Dni Kalisza, 26.11.2014